Spichlerz z widokiem na kozy
Kiedy pytam Ewę Domagałę o początek Spichlerza, uśmiecha się i opowiada o myśli, która chodziła za nią od lat. Marzyło jej się, żeby stworzyć punkt odbioru serów na farmie, taki mały sklepik gospodarczy, do którego klienci mogliby przyjeżdżać w określonych godzinach i spokojnie wybrać to, co chcą kupić. Bo gdy prowadzi się farmę, jest mnóstwo pracy przy zwierzętach, a telefony potrafią dzwonić w najmniej odpowiednim momencie. „Dzień dobry, chciałem kupić sery, mogę być za godzinę?” A w gospodarstwie ciężko przewidzieć, co będzie się robiło za godzinę czy dwie. Bywa, że nagle trzeba biec na pastwisko łapać krowy, które wybrały się na wycieczkę po wsi, albo ratować koźlę, które jak to dziecko zawsze coś sobie zrobi w najmniej odpowiednim momencie.
Kozy na Manowcach słychać już od bramy. To Felek, koziołek karpacki. Na farmie są kozy, krowy rasy jersey, owce fryzyjskie, kury, kaczki, psy i koty. Wszystko razem w gospodarstwie, które nie udaje sielanki, tylko nią jest. Pierwsze dwie kozy karpackie Ewa kupiła siedem lat temu, zafascynowana ideą odtwarzania starej rasy. Szybko okazało się, że te zwierzęta są na tyle niezwykłe, że od tamtej pory stado rozrosło się do kilkudziesięciu sztuk i od kilku lat bierze czynny udział w programie Ochrony Zasobów Genetycznych Zwierząt Gospodarskich prowadzonym przez Instytut Zootechniki w Balicach.
Ale Spichlerz, to nie tylko sery. Zagórzyce Dworskie w gminie Michałowice to wieś, w której niemal każdy coś robi, hoduje lub uprawia. Za płotem mieszka sąsiadka Dagmara, która skończyła zielarstwo i robi octy, syropy i dżemy, jakich nie znajdzie się w żadnym sklepie. Truskawka z cebulą czy dynia z pomarańczą pasują do serów idealnie. Robert Zieliński z żoną Elżbietą z Mundo Novo dostarczają do Spichlerza kawę i czekoladę rzemieślniczą najwyższej jakości. Ela jest także mistrzynią w serwowaniu kawy, potrafi zaskoczyć pomysłami takimi jak espresso z tonikiem i syropem z kwiatów czarnego bzu w upalny dzień. Joanna z mężem prowadzą Pasiekę na Koźlicy, z której miód i produkty pszczele trafiają na półki obok butelek soków owocowych, konfitur i żywych octów. Na sąsiedniej półce stoją przetwory z płatków róży z plantacji Jolanty i Cypriana Bebaków. Jest też Olejarnia Łoś z olejami tłoczonymi na zimno z lokalnego rzepaku. Wszyscy oni tworzą razem sąsiedzką inicjatywę, która pokazuje, że lokalna współpraca to nie teoria, lecz praktyka dnia codziennego.
Domek, w którym mieści się sklepik, Ewa sprowadziła z dawnej Łemkowszczyzny, z Żegiestowa. To stary, połemkowski spichlerz, w którym kiedyś przechowywano zboże. Jednak sam budynek z bala, to nie wszystko, żeby powstał sklepik gospodarczy, trzeba było odpowiednio przygotować teren przy bramie. Pomogli sąsiedzi: ktoś wyspawał furtkę, ktoś inny przeciął przęsło, kolejny zrobił drewniany płot, na którym dziś wiszą stare dzbanki. „Mam pecha do dobrych ludzi. Jak mówię: słuchajcie, wymyśliłam coś, to odpowiadają: super, robimy!” – śmieje się Ewa.
Wtorki i piątki od osiemnastej do dwudziestej pierwszej to czas Spichlerza. Czasem ruch jest większy, czasem mniejszy, ale zawsze ktoś wpadnie pogadać. Klienci przyjeżdżają głównie z sąsiednich gmin, ale pojawiają się też goście z Krakowa. Pocztą pantoflową wieść idzie szybko: tu jest jakość, tu produkt ma twarz. Można zobaczyć kozy, róże i pasiekę. Posłuchać, jak powstaje ser, jak wygląda praca w polu, kiedy pogoda lub pastwisko dyktują warunki.
Rozmowa schodzi na rolnictwo. Ewa i sąsiedzi mówią, że drobnych gospodarstw zaczyna brakować, ziemia stoi odłogiem albo trafia w dzierżawę. Wielkie sklepy nie chcą produktów bez faktury VAT, wolą konserwanty i import. „Sklep wymagałby, żebym codziennie dostarczała dziesięć kilogramów sera. A ja nie powiem kozom: dziś macie dać więcej mleka. To tak nie działa. Produkując zdrową żywność bezpośrednio w gospodarstwie nie jesteśmy w stanie wyprodukować ilości hurtowych” – tłumaczy Ewa. Dochodzą też różnice w podejściu do jakości. W cukierni gotowe mieszanki z 0,003 grama róży potrafią wygrać z prawdziwymi płatkami, bo pachną podobnie i nie wymagają pracy przy ich przygotowaniu, ale czy to, to samo? No nie!
Spichlerz jako sklepik gospodarczy, to jednak nie tylko sprzedaż. To także relacje, wspólne siedzenie do późnego wieczora, rozmowy, plotki, wymiana przepisów. Nowi klienci po kilku wizytach stają się znajomymi. Niektórzy przyjeżdżają po sery, inni po miód, jeszcze inni po kawę. Każdy daje się wciągnąć w rozmowę, każdy ma coś ciekawego do opowiedzenia. Czasem ktoś wpadnie po litr koziego mleka i wypije go za rogiem. „Jak raz spróbujesz, to wrócisz” – mówi stała klientka Iwona.
W tle przewija się temat bezpieczeństwa żywnościowego. W razie kryzysu wieś sobie poradzi, ma sieć kontaktów, dostęp do żywności, wymianę sąsiedzką. Miasto? Tu bywa gorzej. Dlatego warto łączyć sąsiedzko handlowo gminy z dzielnicami Krakowa, tworzyć rozproszone targowiska i zapewniać miejsce dla rolnika bezpośredniego. To może być przyszłość, choć na razie trudno o ludzi gotowych, by w to wejść.
Kiedy pytam na koniec o życzenia, odpowiedź jest prosta. „Zapraszamy wszystkich. Nie tylko po zakupy, po rozmowę, po kawałek ciasta, po to, żeby zobaczyć, jak to się robi. Bo u nas produkt ma twarz. I uśmiech”.
Tekst, fot. Janusz Bończak, koordynator Wielkowiejskiego Targu, społeczny doradca Wojewody Małopolskiego do spraw Rolnictwa i Rozwoju Wsi
Spichlerz Od Sąsiada – Targ Lokalnych Przedsiębiorców w Zagórzycach jest mały, ale ma w sobie coś, czego brakuje wielkim sklepom. To kawałek świata, w którym warto się zatrzymać: Facebook, a jak będziecie w gminie Wielka Wieś, to zapraszamy do Szyc. Tam w dni targowe na Wielkowiejskim Targu spotkacie ich ze swoimi produktami, iz pewnością możecie liczyć na świetną rozmowę i ich uśmiech.



































